Terapia pedagogiczna

 

TERAPIA PEDAGOGICZNA – PROPOZYCJE PRACY Z DZIEĆMI Z TRUDNOŚCIAMI

 

 

 

 

Cel:  Rozwijanie umiejętności radzenia sobie ze złością.

 

 

Droga Mamo / Tato:

 

Złość odczuwają wszyscy – i mali, i duzi. Dzieci, które się nie złoszczą, po

prostu nie istnieją. Dlatego nie ma sensu zabiegać o to, by dziecko oduczyło

się złościć. To niemożliwe. Złość jest naturalną reakcją człowieka na rozmaite

sytuacje. Nie możemy sprawić, żeby zniknęła, zresztą wcale nie byłoby to dobre.

Lepiej skupić się na tym, by dziecko nauczyło się wyrażać ją w sposób bezpieczny

dla siebie i innych.

Pomoże nam w tym bajkoterapia – metoda pracy z emocjami

dzieci. Słuchając bajek terapeutycznych, dziecko ma szansę zrozumieć, skąd

bierze się jego złość, jak rozpoznać, że się zbliża i w porę nad nią zapanować,

tak by nie zamieniła się w destrukcyjny szał.

Przeczytaj dziecku umieszczony poniżej tekst bajki a następnie porozmawiajcie na jej temat. Może uda Wam się wspólnie stworzyć taką szufladę złości, do której dziecko będzie mogło zaglądać w trudnych chwilach?

Powodzenia

 

Elżbieta Wesołowska

 

 

 

Bajka terapeutyczna: „Opowieści z Pacynkowa -Tajemnica tatusiowej szuflady

Autor Katarzyna Klimowicz

 

Rano obudził mnie szum deszczu.

– O nie, tylko nie to! – jęknąłem. – Przecież dziś sobota i mam jechać z rodzicami na

wycieczkę rowerową!

Szybko wyskoczyłem z łóżka i pobiegłem do okna, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście

pada. Miałem nadzieję, że deszcz tylko mi się przyśnił. Ale to nie był sen. Deszcz

padał naprawdę. I to porządnie. W naszym ogródku zrobiła się ogromna, błotnista

kałuża, w której smętnie pływała moja konewka.

– Jeżeli podobnie wyglądają ścieżki rowerowe w naszym lesie, to o wycieczce mogę

zapomnieć! – pomyślałem. – Czy musiało się rozpadać akurat dziś?! Ze złości coś

piekło mnie w gardle. Chciało mi się płakać.

– Wstrętny, okropny, paskudny deszcz! Co on sobie myśli! – wycedziłem przez zęby

i tupnąłem. A potem poszedłem do kuchni, żeby przytulić się do mamy. To zawsze

pomaga. Ale wyobraźcie sobie, że w kuchni zamiast mamy stała pani Basia, nasza

sąsiadka! Okazało się, że mama została pilnie wezwana do pracy, a tata

niespodziewanie musiał pojechać do chorego kota babci Jadzi. Bo tata jest

weterynarzem, czyli takim lekarzem od zwierząt i czasami jeździ do swoich

pacjentów. Nie było więc ani mamy, ani taty. Tylko pani Basia. Ale do niej jakoś nie

miałem ochoty się przytulać.

– Jak oni mogli wyjść i mnie zostawić! – pomyślałem ze złością. Byłem tak wściekły,

że nie mogłem zjeść śniadania. Po godzinie w brzuchu burczało mi już tak głośno, że

pani Basia się przestraszyła. Myślała, że to nadciąga burza, taka z piorunami.

A kiedy zorientowała się, że to nie burza tylko mój brzuch, zrobiła mi kanapki

z dżemem. Spojrzałem na te kanapki i poczułem, jak wzbiera we mnie nowa fala

straszliwego gniewu. Przecież ja nie lubię kanapek z dżemem! A w ogóle to w sobotę

mama zawsze robi mi jajecznicę! Ależ byłem wściekły! I głodny! Miałem ochotę wyć

i wrzeszczeć, gryźć i kopać! Moje ręce same zacisnęły się w pięści, czułem, że płoną

mi policzki, a w brzuchu dzieje się coś dziwnego.

– W sobotę nie jem kanapek! – krzyknąłem, a potem, niewiele myśląc, zrzuciłem

talerz ze stołu. Pani Basia zmarszczyła brwi i kazała mi podnieść kanapki.

– Uuuaaa! – zawyłem. – Nie będę niczego podnosił! Niech sobie pani sama sprząta!

– wrzeszczałem i tupałem. Przez głowę przebiegła mi myśl, że może powinienem

przestać, ale nie dałem już rady. Krzyczałem dalej, a w końcu pokazałem pani Basi

język i wybiegłem z kuchni. Ukryłem się w przedpokoju, w szafie między kurtkami

i rozpłakałem się. Czułem się okropnie. Nie mogłem sobie darować, że znów dałem

się ponieść złości. Bo, prawdę mówiąc, to nie był pierwszy raz… Kiedyś tak się

zezłościłem, że ugryzłem moją koleżankę Zośkę, a innym razem zburzyłem Karolowi

zamek z klocków, zdarzyło mi się też w straszliwej złości pomazać notes taty,

a nawet kopnąć mamę. Tak, tak, jestem nerwusem – a przynajmniej tak mówi o mnie

Zośka.

– Ale ja wcale nie chcę aż tak się złościć! – pomyślałem i poczułem się jeszcze

gorzej. Nagle usłyszałem, że otwierają się drzwi. To wrócił tata. Chwilę szeptali coś

z panią Basią, a potem tata podszedł do mojej szafy. Pomyślałem, że tata nakrzyczy

na mnie za te zrzucone kanapki i postanowiłem, że nie wyjdę z szafy.

– Tomku, jesteś tam? – zapytał tata.

– Tak – burknąłem. – I już tu zostanę … – dodałem stanowczo. Znów poczułem

złość. Było tak, jakbym miał w brzuchu wielki, nadmuchany balon – balon złości.

– Hmm…, wygląda na to, że jesteś bardzo zdenerwowany – stwierdził spokojnie tata

i usiadł obok szafy. Ucieszyłem się, że tak sobie usiadł obok. I że nie robi mi

wymówek. Poczułem, że chcę mu opowiedzieć, co się stało. Pomyślałem, że to

zrozumie.

– Pani Basia dała mi kanapki z dżemem! A ja przecież chciałem jajecznicę! I nie

mogłem się przytulić do mamy, a ciebie nie było! I padał deszcz! – krzyknąłem

i parsknąłem jak rozzłoszczony smok. Od razu zrobiło mi się lżej, zupełnie jakby

z mojego balonu uszło trochę złości.

– Widzę, że sporo się wydarzyło i jesteś naprawdę wściekły. Nie spodziewałeś się, że

rano zastaniesz w kuchni panią Basię zamiast mamy, a potem kanapki zamiast

jajecznicy. I byłeś głodny, a to bardzo nieprzyjemne uczucie. A na dodatek ten

deszcz… Wiem, że bardzo cieszyłeś się na naszą wspólną wycieczkę rowerową,

dlatego rozzłościło cię, że pada deszcz i rodziców nie ma w domu.

– Tak, kiedy zobaczyłem za oknem tę wielką kałużę, od razu pomyślałem, że nigdzie

nie pojedziemy… – powiedziałem, ale urwałem, bo znów zachciało mi się płakać.

– I poczułeś się rozczarowany, a potem wściekły. Mnie też rozzłościł dzisiejszy

deszcz – powiedział tata.

– Ale nie zrzuciłeś swojego śniadania na podłogę… – westchnąłem.

– Nie, ale zajrzałem do szuflady złości – powiedział tata tajemniczym głosem, jakby

chciał wyjawić mi największy sekret.

– Szuflada złości? A co to takiego? – spytałem przejęty i czym prędzej wygramoliłem

się z szafy. Tata wziął mnie za rękę i poszliśmy do jego pokoju. Usiedliśmy przy

biurku. Przytuliłem się do taty z całych sił. Znów przypomniała mi się ta wycieczka

rowerowa.

– Byłem rano strasznie wściekły… – szepnąłem.

– Jak głodny lew? – zapytał tata. – Uhm – przytaknąłem. – I jak rozwścieczony

tygrys, i jak niedźwiedź wyrwany z zimowego snu, i jak wilk, któremu ktoś ukradł

obiad! – krzyknąłem i uśmiechnąłem się, bo rozbawiło mnie to wymyślanie

wściekłych zwierząt. Tata pogłaskał mnie po głowie i rzekł:

– Kiedy byłem mały, wylałem mojej niani zupę na głowę, bo kazała mi zjeść dziesięć

dodatkowych łyżek, strasznie się wtedy rozzłościłem. No i wciąż gryzłem moją siostrę

Marysię.

– Ciocię Isię, dlaczego? – zainteresowałem się, bo ja też miałem na sumienie

niejedno ugryzienie.

– Z różnych powodów. Pamiętam, że kiedyś wrzuciła do ogrodowej studni trąbkę,

którą dostałem od dziadka. Wściekłem się tak bardzo, że w nocy obciąłem jej

warkocze! – zachichotał tata.

– Naprawdę?! – nie mogłem uwierzyć. – Nigdy bym nie pomyślał, że ty też się kiedyś

złościłeś tak jak ja.

– O, pewnie, że się złościłem! I złoszczę się nadal. Każdy się czasem złości, synku.

To zupełnie normalne, choć nieprzyjemne.

– Ale teraz nikogo nie gryziesz, tato…

– To prawda, Tomku. Kiedy jestem na kogoś bardzo wściekły, nie gryzę go i nie

kopię, tylko jak najszybciej kończę rozmowę i wychodzę do innego pokoju. Bo gdy

jestem zły, wolę pobyć sam. Otwieram wtedy moją szufladę złości – i tata wskazał na

ogromną szufladę pod biurkiem.

– To, co trzymam w tej szufladzie, uspokaja mnie – wyznał.

– Pokażesz mi, co trzymasz w swojej szufladzie złości?! – poprosiłem i spojrzałem na

tatę błagalnie. No i tata otworzył szufladę.

– Mam tu papier i kolorowe flamastry. Lubię pisać listy do mojej złości, a potem je drę

albo gniotę! Uwielbiam gnieść papier! – powiedział tata. I rzeczywiście w szufladzie

leżało kilka zgniecionych, papierowych kulek. Wyglądały jak śnieżne kule oczekujące

na bitwę. Tata wyjął jedną kulę, wycelował i bezbłędnie trafił do kosza na śmieci.

– Ja też mogę spróbować? – zawołałem z entuzjazmem. Tata zgodził się

i urządziliśmy sobie zawody w rzucaniu papierowych kul do kosza na śmieci. Fajna

zabawa, mówię wam. A potem dalej oglądaliśmy zawartość tatusiowej szuflady. Była

tam jeszcze taka mała piłka do ugniatania i organki. A na samym dnie szuflady leżał

niewielki rulonik starannie zawiązany złotą tasiemką.

– A to? Co to jest? – spytałem. Tata uśmiechnął się czule.

– To listy od twojej mamy. Kiedy je czytam, przypominam sobie, że świat jest bardzo

piękny. I że jest ktoś, kto mnie kocha, nawet jeśli czasem złoszczę się i krzyczę.

– Napiszesz dla mnie taki list tato? Włożę go do mojej szuflady złości. Chcę mieć

taką szufladę, pomożesz mi ją przygotować? – poprosiłem. A tata zwichrzył moją

rudą czuprynę i rzekł:

– Miałem nadzieję, że mnie o to poprosisz!

I cały wieczór szykowaliśmy moją własną szufladę złości!

 

 

 

 

TERAPIA PEDAGOGICZNA – PROPOZYCJE PRACY Z DZIEĆMI Z TRUDNOŚCIAMI

 

 

 

 

 

Cel:  uświadomienie potrzeby przyjaźni, bezinteresownej chęci pomagania innym i czerpania z tego radości.

 

 

 Droga Mamo/Tato

Przeczytaj swojemu dziecku poniższą bajkę i porozmawiajcie na temat jej treści. Zastanówcie się nad tym, czym jest prawdziwa przyjaźń i czy jest  w otoczeniu Twojego dziecka ktoś, kogo można by .nazwać przyjacielem. Spróbujcie odpowiedzieć na pytanie, jakie cechy charakteru posiada dobry przyjaciel.

Życzę miłej lektury

Elżbieta Wesołowska

 

 

 

 

Bajka terapeutyczna: „Bajka o przyjaźni”

 

 

Bardzo dawno temu i bardzo daleko stąd była mała wioska rybacka. Mieszkał w niej rybak z synem o imieniu Marcin. Chłopiec był mały, jednak każdego dnia wypływał razem z ojcem na połowy. Marcin nie miał jeszcze wystarczająco dużo siły, by pomagać w połowach, ale nie miał z kim zostać w domu. Jego mama zachorowała i umarła kiedy był jeszcze niemowlęciem. Od tej pory całe dzieciństwo spędzał na rybackiej łodzi ojca.
Marcin bawił się sam. Wymyślał różne zabawy: czasami udawał, że jest kapitanem statku, czasami, że piratem. Gdy morze było spokojne, często pływał wokół łodzi. Zdarzało się wówczas, że podpływał do niego delfin. Wspólna zabawa z delfinem dawała chłopcu wiele radości. Marcin udawał, że delfin jest jego przyjacielem. Chłopiec nie miał kolegów, ale bardzo chciał mieć przyjaciela.
Mimo trudnych warunków chłopiec miał szczęśliwe dzieciństwo. Ojciec otaczał go troskliwą opieką. Jednak wkrótce miało się to zmienić. Marcin musiał szybko dorosnąć i z małego chłopca stać się mężczyzną. A wszystko za sprawą zabawy z delfinem. Gdy Marcin bawił się w wodzie z delfinem, ojciec właśnie zarzucał sieć. Upadła ona w miejscu, gdzie pod wodą płynął Marcin. Chłopiec chciał się właśnie wynurzyć, gdy zauważył nad sobą rozpostartą sieć. Wszystko to widział delfin. Bardzo szybko podpłynął do chłopca i odciągną go w kierunku łodzi. Niestety uderzył w łódź, która zachwiała się, a stojący na niej rybak przewrócił się i upadając złamał nogę. Złamanie było poważne. W tym stanie rybak nie mógł dalej łowić ryb. Z wielkim trudem powrócili do wioski rybackiej. Tam opatrzono chorą nogę. Jednak o dalszych połowach nie było mowy i to prze wiele kolejnych dni.
Ojciec z synem nie mieli nikogo, kto mógłby się nimi zająć. Co gorsza, nie łowiąc ryb, nie mieli pieniędzy na utrzymanie i dalsze leczenie złamanej nogi. Dla Marcina był to czas próby. Chłopiec wiedział, że to on musi teraz zatroszczyć się o ojca. Postanowił, że sam będzie łowić ryby. Tak też uczynił. Stanął na przycumowanej do pomostu łodzi i z trudem zarzucił sieć. Była ona bardzo ciężka. Zastanawiał się, jak ją wyciągnie, gdy będzie pełna ryb. Na próżno się jednak martwił, bo za każdym razem gdy wyciągał sieć, była ona pusta. Tak upłynął pierwszy dzień połowów. Zasmucony Marcin udał się do ojca z pytaniem, dlaczego nie dało mu się złowić żadnej ryby? Doświadczony rybak wiedział, że aby złowić ryby, musi wypłynąć dużo dalej od brzegu. Nie chciał jednak synowi tego powiedzieć. Bał się posyłać małego chłopca na otwarte morze. Kazał mu być wytrwałym i dzielnym. Marcin był wytrwały i dzielny. Codziennie wchodził na łódź i zarzucał sieci. Codziennie z takim samym marnym skutkiem. Tylko czasem udawało się złapać jakąś maleńką rybkę. Starczało to zaledwie na zrobienie marnej zupy rybnej. Tymczasem ojcu potrzebne były kosztowne lekarstwa.
Marcin był bardzo smutny. Siedział na brzegu łodzi, a łzy spływały mu do wody. Wówczas zauważył przy łodzi dobrze mu znanego delfina. Uśmiechnął się na jego widok, ale wcale nie miał teraz ochoty na zabawę. Musiał przecież pilnować zarzuconej sieci. Delfin chyba to zrozumiał, bo szybko odpłynął. Po chwili chłopiec poczuł kołysanie łodzią. Wychylił się za burtę i zobaczył, że sieć, którą zarzucił, jest pełna ryb. Zaczął ją ochoczo wyciągać. Nie miał jednak wystarczająco sił. Na szczęście z pomocą przyszedł mu delfin, który nieoczekiwanie powrócił. Pchając od dołu pomógł mu wyciągnąć sieć. Marcin ponownie zarzucił sieć i tym razem już po chwili zapełniła się ona rybami. Zaskoczony tą sytuacją zarzucił sieć trzeci raz, bacznie przypatrując się co się stanie. Chłopiec zauważył, jak delfin zagania ryby do jego sieci.
Marcin był bardzo szczęśliwy. Miał łódkę pełną ryb. Mógł pomóc choremu ojcu i miał prawdziwego przyjaciela.

Profil autora: Bajki Majki 

 

 

 

 

 

 

TERAPIA PEDAGOGICZNA – PROPOZYCJE PRACY Z DZIEĆMI Z TRUDNOŚCIAMI

 

 

 

Temat: Pokonywanie lęków

 

Cel:  nauka umiejętności radzenia sobie przez dziecko z nowymi, trudnymi sytuacjami oraz lękami.

 

Drodzy Rodzice

 

Dzieci często boją się. Ich lęki związane są z sytuacjami dotyczącymi codziennych zdarzeń i dotyczą najczęściej rzeczy nowych, nieznanych oraz niezrozumiałych.

Warto jest pomóc dziecku oswoić lęki poprzez rozmowę mającą na celu wyjaśnienie określonych zdarzeń. Może nam w tym pomóc bajka terapeutyczna.

Przygotowałam tym razem bajkę dla dzieci, które boją się burzy.

Słuchanie bajek pomaga nie tylko w rozwiązywaniu dziecięcych problemów, ale też ćwiczy skupienie uwagi oraz rozwija mowę dziecka.

Dlatego też przeczytajcie swojemu dziecku bajkę, a następnie porozmawiajcie z nim na temat jej treści. Spróbujcie spytać o jak największą ilość szczegółów i zachęcajcie do wypowiedzi całym zdaniem.

Nawiązując do opowiadania zapytajcie swoje dzieci , czy jest coś czego się boją. A może wspólnie spróbujecie temu zaradzić?

 

Powodzenia!!!

Elżbieta Wesołowska

 

 

BAJKA TERAPEUTYCZNA –   „O chłopcu, który bał się burzy”

(autor: Joanna Jaroszewska )

 

Dawno, dawno temu, w malowniczej wiosce, mieszkała kochająca

się rodzina. Jej domek znajdował się na najwyższym punkcie wzgórza.

Z okna swojego pokoju Bartuś miał piękny widok na całą wioskę.

Był słoneczny, piękny, wiosenny dzień. Siedząc wieczorem przed domem,

Bartuś i jego mama patrzyli na nadchodzące chmury. Mama – tuląc Bartusia

w ramionach – mówiła:

106

— Zobacz, synku, ta chmurka ma kształt pieska.

Bartuś z niechęcią i strachem w oczach spojrzał na chmurę. Była ogromna,

czarna i dawała cień, który sprawiał, że robiło się szaro i ponuro.

— Nie chcę na nią patrzeć — szepnął chłopiec.

— Nie bój się, Bartusiu. Ta chmura zaraz przejdzie i nie zobaczysz,

że wygląda jak piesek — odparła mama.

Bartuś z niechęcią spojrzał na chmurę, po czym wykrzyknął:

— Mamuś, tam jest piesek, na niebie jest piesek!!!

Chwilę później, szturchając mamę, pokazywał na niebo z uśmiechem

na twarzy i radośnie krzyczał:

— Mamusiu, widzę misia!!!

— Tak, kochanie. Ta chmurka wygląda jak miś, ale miś idzie już spać, a my

musimy wziąć z niego przykład — odparła mama.

— Dlaczego? Zostańmy jeszcze chwilkę — poprosił chłopiec.

— Nie możemy, zbiera się na burzę — odpowiedziała.

Bartuś słysząc te słowa, szybko wstał i cały się trząsł.

— Co się stało? — spytała mama.

— Zimno mi, mamusiu — odparł chłopiec i przyspieszył kroku.

Po kąpieli i kolacji wszyscy poszli spać.

Bartuś, leżąc w swoim łóżeczku, nadsłuchiwał coraz głośniejszych odgłosów

szybko nadchodzącej burzy. Patrzył w okno, a po każdym błysku i grzmocie

chował się pod kołdrę.

Burza nie ustępowała. Bartuś tak się bał, że zaczął płakać. Nagle usłyszał

dziwne dźwięki dochodzące z pokoju. Błyski tak rozjaśniały pokój, że chłopiec

zauważył małego szczurka, który stał przy szafie i przyglądał się chłopcu.

Po chwili szczurek spytał:

— Dlaczego płaczesz?

— Boję się burzy — odpowiedział przerażony.

— A ja lubię burzę — odparł szczurek.

— Jak to? — spytał zdziwiony chłopiec.

— Chodź ze mną do okna, to pokażę ci dlaczego — szepnął szczurek.

— Nie, szczurku. Boję się, nie chcę tam iść.

— Nie bój się, Bartusiu. Obiecuję ci, że nic ci się nie stanie. Przecież okno

jest zamknięte, a ty tak bardzo lubisz patrzeć przez nie na swoją wioskę

— zachęcał go szczurek.

Po dłuższej chwili zastanowienia, chłopiec wstał i powolutku, niepewnym

krokiem podszedł do okna.

Szczurek wskoczył na parapet i zapytał:

— Ślicznie, prawda?

Bartuś nie mógł oderwać wzroku od pięknych błyskawic, które oświetlały

całą wioskę. Wyglądały one ślicznie. Chłopiec patrzył na oświetlane co chwilę

domy i drzewa. Nie słyszał już nawet głośnych grzmotów, ponieważ tak

zafascynowany był przecudownym widokiem.

— Już wiesz, dlaczego nie boję się burzy? — spytał zaciekawiony

szczurek.

— Tak. Dziękuję ci, szczurku, że pokazałeś mi, jak pięknie wygląda nasza

wioska, gdy oświetlają ją błyskawice.

Burza zaczęła odchodzić. Grzmoty już prawie ucichły, a w oddali widać

było jeszcze błyski, na które chłopiec patrzył zadziwiony.

— Jak chcesz — szepnął szczurek — to zawsze, gdy będzie burza, ja będę

do ciebie przychodził i będziemy razem patrzeć przez okno na wioskę.

— Oczywiście, szczurku. Już nie mogę doczekać się, kiedy znowu

będzie burza.

Rano obudziły chłopca promyki słońca wdzierające się przez okno. Bartuś

szybko zerwał się z łóżka i zbiegł po schodach do mamy.

— Mamusiu, pójdziemy dzisiaj popatrzeć na chmurki?

— Tak, Bartusiu — odparła mama.

— Może dzisiaj też będzie burza?! — wykrzyknął zachwycony chłopiec.